BAJKI UCZESTNIKÓW WARSZTATU



"Przyjmij mnie – słyszę wołanie z oddali": Justyna Kondziołka

Była sobie mała dziewczynka...


Głęboko w środku. Mocno zwinięta. Zwinięta tak jak ślimak się zwija. Jak embrion w brzuchu mamy. Jest tak mocno zwinięta, jak tylko można się zwinąć. Nie widać jej twarzy. Ma bardzo długie włosy. Jest zwinięta w sobie i owinięta swoimi włosami. Wcale jej nie widać. Zobaczyć można tylko zwinięty kłębek. Ona ukrywa się w środku. Właściwie to nawet kłębka nie można zobaczyć, bo leży on w głębi lasu, głęboko pod ziemią, przy korzeniach prastarego, olbrzymiego drzewa.


Podczas gdy dziewczynka leży głęboko zwinięta w kłębuszek, na powierzchni jest dzień. Piękny słoneczny dzień. Ktoś idzie. Ktoś bardzo radosny. To bardzo dziwny ktoś. Po trochu chłopczyk, trochę lis, trochę niedźwiadek. Radośnie podskakuje idąc przed siebie. Przy tym nuci sobie radośnie swoim niedźwiedzim, niskim głosem. A skacze tak energicznie, że cała ziemia, z której las wyrasta, drga od tych jego podskoków. I dziewczynka zaczyna razem z ziemią rytmicznie kołysać się w tej swojej podziemnej kryjówce.


„Co się dzieje?” - myśli sobie coraz bardziej zaniepokojona. Tymczasem niedźwiedzio–liso–chłopczyk nie przestaje skakać radośnie i śpiewać. Podnosi liście i podrzuca je w górę. Dziewczynka nigdy czegoś podobnego nie czuła. Zawsze była sama w tym ogromnym lesie. Wychodziła tylko nocą, a cały dzień leżała zwinięta. Do tej pory widziały ją tylko drzewa i nocne ptaki. Drzewa nocą bawiły ją i kołysały w swoich silnych ramionach.


„Skąd te dziwne drgania?” – zastanawia się dziewczynka czując, że ziemia drga coraz bardziej i ona drga coraz bardziej razem z nią. A im drganie ziemi jest silniejsze, tym większą ma ochotę wyjść na zewnątrz i sprawdzić co się dzieje. Bardzo by chciała wyjść, ale jednocześnie czuje w sobie ogromny strach. Przecież wychodzi tylko nocą. Od tego drgania i mieszanych uczuć zaczyna się szamotać w swoim zwinięciu. A liso–niedźwiedzio–chłopiec jest coraz bliżej. Śpiewa bardzo głośno, bo myśli, że jest zupełnie sam w lesie i nikt go nie słyszy.


A dziewczynka jest coraz bardziej zainteresowana tym nieznanym zjawiskiem. I gdy narastająca w niej ciekawość przezwycięża strach, postanawia dowiedzieć się skąd pochodzą te wibracje. Żeby wyjść na zewnątrz dziewczynka musi wspiąć się po długiej drabince, która prowadzi z jej malutkiej, podziemnej kryjówki przez wnętrze drzewa, aż do dziupli, która znajduje się kilka metrów nad ziemią. Gdy wreszcie dociera do samej dziupli, zerka na zewnątrz – śmiało i nieśmiało zarazem. Widzi, że coś lub ktoś idzie w jej kierunku. Ten ktoś jest nieduży, brązowo – rudy i ma bose, bardzo owłosione i niezwykle duże stopy. Jest ciężki i jednocześnie niesamowicie lekki. Nieustannie podskakuje. Dziewczynka zastanawia się, jak nawiązać z nim kontakt. Po chwili zaczyna śpiewać jak ptak. A zna głosy wszystkich ptaków mieszkających w tym lesie. Śpiewa z nadzieją, że liso–niedźwiedzio–chłopiec usłyszy jej głos i zatrzyma się pod jej drzewem. A gdy się zatrzyma, ona będzie mogła mu się lepiej przyjrzeć. No i rzeczywiście. Gdy zaczyna śpiewać swoim ptasim, bardzo wysokim głosem on przestaje śpiewać, zatrzymuje się pod drzewem i słucha. Dziewczynka nie przerywając śpiewu przygląda mu się uważnie. I teraz, dopiero z bliska, widzi, że jest on nie tylko „zwierzęcy”, lecz także niezwykle wrażliwy. Zauważa, że gdy ona śpiewa, to wszystkie, wszyściutkie dźwięki przez niego przepływają i słucha jej pieśni nie tylko uszami, ale całym sobą.


Dziewczynka czuje się coraz bardziej ośmielona. „Skoro on jest taki wrażliwy to może nie ma powodu, żeby się bać” – myśli sobie. Bardzo, coraz bardziej pragnie zejść na ziemię i poznać go. Powolutku wychodzi z dziupli i bardzo zwinnie, bo potrafi skakać po gałęziach drzew jak wiewiórka, zsuwa się w dół nie przestając śpiewać. On tego nie zauważa. Ma zamknięte oczy i tańczy oczarowany jej śpiewem.


Teraz widać jak bardzo różnią się od siebie. Ona jest biała jak śnieg, ma drobne delikatne ciało, lnianą sukienkę i bardzo delikatne dłonie z długimi palcami, jakby stworzonymi do gry na fortepianie. Stoi naprzeciwko niego, a on cały drży. Czuje, że jej głos jest bardzo blisko, tuż przy nim, ale nie otwiera oczu. Otwiera usta i zaczyna razem z nią śpiewać. Ich głosy, tak różne od siebie, pięknie się splatają. Dziewczynka chwyta go za dłonie i śpiewając zaczynają tańczyć. On ciągle ma zamknięte oczy. W tańcu rodzi się między nimi miłość. Robi się bardzo gorąco.


W czasie gdy tak cudownie splatają się ze sobą ich głosy i ciała nad las nadciągają ciemne chmury, a w oddali błyska. Wiatr w liściach zwiastuje ulewę. Tańczą w deszczu. I wtedy on otwiera oczy. Otwiera oczy i widzi przed sobą piękną kobietę. Okazało się, że gdy tańczyli w deszczu zaczęli rosnąć. Dziewczynka stała się piękną kobietą, a liso–niedźwiedzio–chłopiec pięknym, śniadym mężczyzną o cygańskiej, nieokrzesanej urodzie. Byli całkiem przemoczeni, więc ona zaprosiła go do swojego mieszkanka w korzeniach drzew. Ale to już nie było to samo malutkie mieszkanko. Gdy tańczyli w deszczu, przemieniło się ono w podziemne królestwo. Bardzo głębokie i stupiętrowe. Na najwyższym, to znaczy najgłębszym piętrze, w samym środku ziemi znajdowała się sala z kominkiem, w którym płonął nigdy nie gasnący ogień z samego wnętrza ziemi.


I tak oto dziewczynka i liso–niedźwiedzio–chłopiec stali się królem i królową wielkiego, prastarego lasu. Wszystkie zwierzęta i rośliny bardzo ich kochały, bo wiedziały dobrze, że gdyby nie oni, las nie byłby tym, czym był.




"(Nie)Głupi Marian – (Nie)mądry Robert": Robert Augustyn

 
Jesteśmy w Kowarach, rodzinnej miejscowości Roberta. Kowary to niewielkie miasteczko u podnóża Karkonoszy. Pięcioletni Robert zazwyczaj przebywa w grupie swoich kolegów. Razem wymyślają różne zabawy. Jedną z nich, może trochę okrutną, jest wyśmiewanie się z ułomnego Mariana, którego okrzyknęli zgodnie „Głupim Marianem”. Robert nie czuł się dobrze dokuczając mu, gdyż cokolwiek by nie rzec o Marianie, nie zasługiwał on na takie przezwisko i traktowanie. Jednak Robert bał się osamotnienia i tego, że zostanie wyśmiany przez swoich kolegów tak samo jak Marian. Staliby się wtedy jego wrogami. A tego nie chciał za żadną cenę, choćby cierpienia drugiego człowieka.

W grupie chłopcy czuli się bezpiecznie. Nawet gdy Marian ich gonił, uciekali szybko i rozbiegali się we wszystkie strony tak, że nie mógł ich złapać. Raz jednak Robert był sam i zobaczywszy Mariana, z przyzwyczajenia, przezwał go „głupim”. Szybko zorientował się, że (ten zauważył jego osamotnienie i puścił się za nim w pogoń. Robert przestraszył się. Zaczął szybko uciekać mając jeszcze nadzieje, że umknie gdzieś Marianowi.

Kamienica, do której wbiegł, miała trzy piętra i strych. Robert dobrze ją znał, bo tam właśnie mieszkał. Sądził, że znajomość tego budynku pomoże mu w ucieczce. Rozpoczął bieg po schodach licząc na to, że Marian szybko zrezygnuje z dalszej pogoni. Przemierzał schody, ale kroki i sapanie goniącego były nadal dobrze słyszalne. Gdy zobaczył drzwi swojego mieszkania pojawiła się myśl, żeby się w nim schronić. Jednak perspektywa tego, co może się stać, jeśli nikt z domowników nie zdąży otworzyć drzwi, była zbyt przerażająca. Dlatego chłopiec postanowił biec dalej.

Biegł i biegł po schodach, których z każdą chwilą zostawało coraz mniej, a Marian nie ustawał w wysiłku wzięcia odwetu za wyzwiska, którymi obrzucali go chłopcy. Robert coraz wyraźniej widział beznadziejność swojego położenia. Droga ucieczki się skończy, a Marian zastanie go w miejscu bez wyjścia. Sytuacja zapowiadała się niewesoło. Robert wreszcie dotarł na strych, gdzie jego wyobraźnia podpowiadała najgorsze scenariusze dalszego przebiegu wypadków. Jednak tutaj pojawiło się światełko nadziei. Robert zobaczył klapę, po otwarciu której można było przejść na taras. Do jej podniesienia potrzebnych było trzech takich chłopców jak on. Jednak przerażenie spowodowało, że uniósł ciężką klapę jedną ręką w ułamku sekundy i błyskawicznie znalazł się na tarasie. Jednym ruchem zamknął klapę i usiadł na niej. Miał tu chwilę czasu, aby zebrać rozbiegane myśli. Obawiał się, że Marianowi może starczyć sił na podniesienie klapy. Co wtedy się stanie? Jak zachowa się Marian?

Wtem ni stąd ni zowąd nad jego głową pojawia się wielki sterowiec z niosąca pomoc drabinką sznurową pod nim. Bez namysłu Robert chwyta drabinkę. Z wnętrza powietrznego statku spogląda na chłopca rubaszny, wąsaty kapitan. Sterowiec odlatuje w dal. Robert nie wspina się na pokład, gdyż podróż na drabince wydaje się być bardziej ciekawa. Po raz pierwszy w życiu może zobaczyć świat z góry.

Po pewnym czasie dostrzega nadlatującego znad pasma Karkonoszy wielkiego ptaka, który ludzkim głosem zachęca do odbycia jeszcze ciekawszej podróży. Robert i tym razem się nie waha. Spogląda w kierunku kapitana sterowca chcąc się z nim pożegnać i – o dziwo – rozpoznaje w nim „Głupiego Mariana”. „Jak to się mogło stać?”- zachodzi w głowę zdumiony Robert. Ale na myślenie nie ma już czasu. Oto siedzi na grzbiecie ptaka, który unosi go w dal, a kapitan uśmiecha się i macha ręką na pożegnanie.

Bajkowa kraina, w której znalazł się Robert za sprawą wielkiego ptaka, jest cudownym miejscem, gdzie nikt go nie zna i nikt nie ma mu nic za złe. Oglądanie tak niezwykłych miejsc i to z grzbietu ptaka jest nieporównywalne z niczym, co do tej pory widział. Gdy zakończyli lot, ptak pyta Roberta, czy chce zobaczyć więcej. „Oczywiście, że tak!”- brzmi odpowiedź. Na co ptak mówi, że tu kończą się jego możliwości. Zastanowienie Roberta przerywa pojawienie się rakiety kosmicznej, którą dowodzi, ku jego kolejnemu zdziwieniu, kapitan ze sterowca. I znów pojawia się pytanie – „Jak to jest możliwe?” Kapitan twierdzi, że mogą razem obejrzeć wszystkie gwiazdy we wszechświecie.

Robert wsiada do rakiety i wkrótce zaczyna odczuwać, że jest głodny. Na Księżycu kapitan posiada magiczny stoliczek, który niczym ten z bajki, na życzenie nakrywa się smacznymi potrawami. Roberta zastanawia jak w Kosmosie można zaspokoić głód tak wyśmienitym jedzeniem. Kapitan zdradza wówczas Robertowi, że nie jest on pierwszym dzieckiem, jakie wędruje z nim po kosmicznych przestworzach. Takich dzieci miał już pod swoją opieką wiele. Postanowił zaopatrzyć swoją stację kosmiczną w magiczny stoliczek po to, by zaspokajać głód małych, zagubionych, łaknących przygód i podróży chłopców.

Po posiłku obaj lecą na nieodkrytą planetę o nazwie Augusto. Zamieszkują ją dziwne, nieznane zwierzęta. Planeta okazuje się niezwykle ciekawa między innymi, dlatego, że na szczycie góry wznoszącej się w centralnym miejscu jest posadowiony tajemniczy zamek zamieszkały przez groźnego władcę. Okazuje się nim być „Głupi Marian”. Istoty zamieszkujące tę planetę odradzają wizytę u monarchy, lecz Robert nie słucha już podpowiedzi i postanawia dotrzeć do króla, któremu chce okazać szacunek i przeprosić za niewłaściwe zachowanie. Robert w rozmowie z królem pragnie wyjaśnić, że jego prawdziwa natura nie jest skierowana na krzywdzenie ludzi. W jego prawdziwym Ja dominuje szacunek i współczucie. Tak! To musi powiedzieć królowi!

Król przyjął jego przeprosiny. Robert stał się dzięki temu szczęśliwym dzieckiem. Kiedy już myślał, że rozpoczyna się nowy etap w jego życiu usłyszał głos mamy, która łagodnie oznajmia: „Robercie, czas wstawać i iść do przedszkola”. Robert po otwarciu oczu spostrzegł, że jest we własnym pokoju a nad nim pochyla się opiekuńczo jego matka.



wróć do ARCHIWUM

 

www.czlowiek.org    www.socjokreacja.pl    napisz do nas    nasz statut    created by: BAM    admin: waltschak